— Nie. Jakiś obcy...

— Czegóż on tutaj chce? Nie dowierzajmy obcym ludziom... Pójdźmy przyjrzeć mu się z bliska.

Przybysz z trudem wygramolił się z wózka, widać było bowiem, że jest znużony drogą, pełną upału i kurzu.

— Czy pan Gąsowski jest w domu? — zapytał uprzejmie, podnosząc rękę do kapelusza.

— Zdaje się, że go nie ma, bo niedawno poszedł w stronę lasu — odrzekła Wandzia.

— Poczekam! — oznajmił krótko przybysz.

Widać było, że coś go ubawiło, bo ze źle ukrywanym uśmieszkiem spojrzał na trzy oblicza, ponuro na niego spoglądające.

— Nigdzie mnie, proszę państwa, nie witają kantatą273 — rzekł im dobrodusznie. — Ale nie taki diabeł straszny... Czy mogę spocząć na ganeczku? Proszę mnie nie pilnować — dodał z głośnym śmiechem — bo nie zabiorę drzwi...

Pan profesor zatrząsł się i zapytał zduszonym głosem:

— Drzwi?! Pan, zdaje się, mówił coś o drzwiach... Co pana obchodzą drzwi? Piotrusiu, czujność, baczność274! — dodał szeptem. — Jeszcze jeden!