— Można tak i można tak — mówił profesor, machnąwszy ręką. — Nie przeszkadzaj! Otóż czy ci się nie wydaje, że ta cała sprawa, tak na pozór tajemnicza, jest jakimś urojeniem, jakimś przywidzeniem? Oficer mógł porobić nieprzytomne historie, pisać listy, gadać o drzwiach, nawoływać brata, a wszystko dlatego, że był w malignie.
— W takim razie, gdzie jest zawiniątko, które niósł spod Moskwy? Zapytany o nie przez pańskiego pradziadka — skłamał. Dlaczego skłamał? A dlaczego wymykał się nocami z domu, chociaż bezsilny i chory?
Zamyślili się wszyscy, rozważając, co się mogło stać z zawiniątkiem. Rozmyślanie było w owym dniu ciężką pracą, gdyż upał lał się z nieba ciężką, srebrzystą strugą. Nawet w cienistym parku, w którym odbywali naradę, było gorąco.
Ciszę przerwał turkot wózka.
— Ktoś zajechał przed dom! — oznajmiła Wandzia.
— Francuz! — zawołał z najwyższym zdumieniem pan profesor.
„Francuz” jednakże zakrzyknął po polsku w stronę domu:
— Panie Gąsowski! Moje uszanowanie!
Adaś spojrzał ponuro.
— Czy państwo znają tego pana? — zapytał.