— Ale i Francuz przecie nie wie, o co idzie?
— Może nie wie wszystkiego, lecz z wszelką pewnością wie więcej niż my z pamiętnika księdza. Ksiądz Koszyczek zapisał jedynie domysły, napoleoński oficer musiał jednakże w liście do brata napisać, choćby najostrożniej, dlaczego go wzywa do odbycia opętanej podróży przez połowę Europy. Musiał mu podać powód ważny, konieczny i warty ogromnego zachodu. Z Paryża do Wilna — daleka droga, a do tego droga przez wojnę, co się paliła wielkim pożarem. Ów Francuz coś wie... Jeżeli się teraz dowie od wspólników o tych drzwiach z małego domku, rzucą się wszyscy na poszukiwania. Jeżeli wiadomość tę przed nim zatają, porzucą Francuza i zaczną szukać sami, a wtedy może się zdarzyć rzecz najbardziej spodziewana.
— Jaka? Jaka?
— Może się bowiem zdarzyć, że opuszczony Francuz, zrozpaczony i bezradny, „od dworaków opuszczony”271, przyjdzie pokornie do nas i zaofiaruje nam wspólne i zgodne poszukiwania. Może się to zdarzyć, może się jednak nie zdarzyć. Raczej nie niż tak. Rzecz w tym, co my mamy robić?
— Szukać drzwi! — zawołał profesor.
— Tak, szukać drzwi, oczywiście! Ale jak i gdzie? Czy te drzwi jeszcze istnieją? Jeżeli istnieją, mają już więcej niż sto dwadzieścia lat. Gdyby, jak im pan Bóg przykazał, wisiały na zawiasach, na których wisiały od pierwszego swego dnia, mogłyby łatwo przetrwać ten sędziwy wiek, jak go przetrwał cały domek. Ale to są pomylone jakieś drzwi! Same jednak nie wywędrowały, ktoś je wyniósł... Może je spalono podczas wielkich mrozów?
— Nie zdaje mi się — rzekł profesor. — Las rośnie dookoła, drzewa są w parku... Raczej by tu zresztą palono w piecu książkami, nie marnowano by jednak pożytecznych drzwi.
— Nie odgadniemy tego nigdy — rozmyślał Adaś głośno, mówiąc jak gdyby to sam do siebie. — Czysta rozpacz!
— A czy nie wydaje ci się, luby272 Piotrusiu...
— Adasiu... — poprawiła Wandzia.