— Wart jestem stu batów — rzekł głucho. — Bij mnie, kto w Boga wierzy!
Panna Wanda pomyślała, że wierzy w Boga, ale za nic na świecie nie uderzyłaby biednego Adasia.
8. Umarli piszą listy
— On wiedział, że ja coś wiem — mówił Adaś na radzie gabinetowej pod przewodnictwem pana profesora. — Wywnioskował, że jakichkolwiek wieści należy szukać w moim pokoju. Ja pragnąłem schwytać Tatarzyna268, a Tatarzyn był mądrzejszy. Panie profesorze! Jestem niepocieszony...
Rada gabinetowa, w której udział brała poza nimi tylko Wandzia, uchwaliła dwoma głosami, aby się jednak dał pocieszyć, nic bowiem groźnego się nie stało. Spokojnie rozważywszy, nie było powodu do niepokojów. Napastliwa szajka przeczyta łapczywie opowieść księdza Koszyczka i nie będzie mądrzejsza, niż była przedtem. Dowie się, oczywiście, że „francuska tajemnica” została powierzona drzwiom w domku ogrodnika, lecz gdzie są te drzwi? Tego nie wiedzą obie strony. Ta będzie na wierzchu, co je zdoła odnaleźć. Gdyby fałszywy malarz nie był zabrał rękopisu, rada gabinetowa rozporządzałaby dowolnym czasem na poszukiwania, podczas gdy tamci tłukliby się w ciemności. Teraz należy się śpieszyć, aby nie dać się ubiec. Byłoby lekkomyślnością liczenie na grubą niedomyślność wrogów: wzmianka o drzwiach w relacji księdza jest tak wyraźna, że im się rzuci w oczy. Już ten quasi269-malarz dowiódł ogromnego sprytu, pogardziwszy stertą książek i papierów i chwyciwszy ten łup, który należało porwać. A porwał go jedynie dlatego, że był starannie owinięty, odłożony i ukryty w szufladzie. Tego właśnie Adaś nie mógł sobie przebaczyć. Znał doskonale głęboko mądrą i przenikliwą opowieść wielkiego pisarza amerykańskiego Edgara Allana Poego270, w której wszyscy poszukują ważnego dokumentu, prując meble, zrywając deski podłogi, zaglądając do najciemniejszych zakamarków, podczas gdy dokument sterczał na widoku, tak że należało jedynie sięgnąć ręką, ten bowiem, kto go chciał ukryć, wnioskował przemyślnie, że najtrudniej jest znaleźć coś, co nie jest ukryte. Powiedział jeden roztropny Chińczyk: „Najciemniej jest zawsze pod latarnią!”. Gdyby rękopis księdza Koszyczka leżał na widoku, wśród sterty szpargałów, sterczałby tam do tej chwili. Opryszek byłby przetrząsnął szafę i stół, byłby może rozpruł poduszkę, nie byłoby mu jednak przyszło na myśl, że ważne papiery zostały niedbale porzucone.
— Należy się zastanowić — rozprawiał Adaś chmurnie — co oni teraz poczną?
— Dlaczego powiadasz: „oni”? — zapytał profesor.
— Rzecz jest jasna — odrzekł Adaś — że w tej awanturze bierze udział kilku. Głową jest ów Francuz, co się tu zjawił pierwszy. On trzyma w ręku początek czarnej nici. Próbował z początku sam, lecz mu się nie udało, i ponieważ zapewne nie zna języka, więc sobie dobrał wspólników. Musi to być gruba jakaś sprawa, skoro usiłował kupić wasz majątek i skoro nie waha się opłacać tych wspólników, którzy zapewne każą sobie płacić słono za narażanie się na niebezpieczeństwo. Stróż nocny opowiada, że ukradzione drzwi wynosiło z domu dwóch. Ze wszystkiego przeto wynika, że musi być ich kilku, dlatego mówię: „oni”. Więc co oni teraz poczną? Ja myślę tak: odczytają rękopis i albo Francuz, główny wspólnik, dowie się prawdy, albo się nie dowie...
— Dowie się, bo przeczyta...
— Bynajmniej! Sam nie przeczyta, bo nie rozumie, a wspólnicy mogą przed nim zataić wszystko, co zechcą, i zaczną działać na własną rękę. Być może, że go oszukują, co — sądząc z widoku fałszywego malarza — jest bliskie prawdy. Dotąd wynajęci wspólnicy wykonywali zapewne na ślepo jego zlecenia. Wątpię o tym, czy Francuz zwierzył się przed nimi, o co toczy się gra? Oświadczył im zapewne, że grubo zapłaci za odnalezienie drzwi, na których znajduje się jakiś napis lub znak. Być może, że ich objaśnił o starodawnym rodowodzie całej awantury i dlatego sprytny nasz gość porwał stary rękopis, pomyślawszy mgliście, że może on mieć jakiś związek ze sprawą.