— Nie wiem... Tu go nie było!

— Więc to on... Uciekł... Nie wchodził z pewnością do pokoju ojca?

— Z wszelką pewnością. Słyszałam jego kroki, ale zdawało mi się, że schodził z góry.

— Z góry? Przecie na górze... Ach, głupcze! — wrzasnął niespodzianie.

Ponieważ z dwóch osób, wiodących ten zdyszany dialog, jedna tylko była rodzaju męskiego, przeto nie ulegało wątpliwości, że Adaś nazwał głupcem samego siebie.

— Głupcze! Głupcze! — powtarzał z gorącym uporem i pobiegł.

A panna Wanda za nim.

Wpadł do swojej izdebki i z rezygnacją oparł się o ścianę: porządnie złożone papiery były porozrzucane we wszystkie kąty, szafa na oścież otwarta. Adaś, oszołomiony, rozjaśnił się na jeden moment bladym uśmiechem nadziei. Jak żbik skoczył w stronę stolika, w którego szufladzie ukrył starannie owinięty w papier zbutwiały i żółty pamiętnik księdza Koszyczka.

Papiery znikły.

Adaś spojrzał na dziewczynę zrozpaczonym wzrokiem. Blady był i cały dygotał.