— Sam? Nigdy! — zawołał staruszek.

— Tylko sam. Będę udawał, że się w ogóle wyniosłem z tego domu i że was pożegnałem. Niech się pan profesor o mnie nie lęka. Nic mi się nie stanie! Będę miał oczy i uszy otwarte. Pochodzę sobie po okolicy i będę usiłował spełnić dwie roboty za jednym zamachem: będę szukał drzwi i będę szukał naszych prześladowców.

— Gdzież ty, u Boga Ojca, znajdziesz drzwi?

— Nie wiem. Jeśli nie zostały spalone, muszą gdzieś tkwić. Nie ma ich tutaj, więc może są gdzie indziej.

— Chłopcze! Narażasz się straszliwie! Co powie twoja matka, skoro się dowie, że cię puściłem na burzliwe przygody?

— Moja matka wie o tym, że ma pierworodnego syna wiercipiętę i włóczykija. Nie może inaczej być, panie profesorze!

— Zakazuję ci!

— A razem ze mną pan profesor by poszedł?

— Oczywiście!

— A czy to wypada — zaśmiał się Adaś — aby taka szanowna osoba włóczyła się po okolicy jak taki, co sprzedaje grzebienie i mydełka279? Na mnie jednego nikt nie zwróci uwagi. Pomyśli sobie, że pomylony sztubak łazi w czasie wakacji i zbija bąki. Ja się łatwiej ukryję, łatwiej ucieknę, łatwiej się nakarmię. A z panem profesorem naprawdę byłoby trudno. Niech mi pan profesor pozwoli. Za trzy, cztery dni będę z powrotem, cały i zdrów, tylko nieco zakurzony.