— A jeśli kark ci gdzie ukręcą? Ha!
— Wtedy poproszę o Anioł Pański i trzy Zdrowaś Maria280. Ale niech się pan profesor nie obawia. Skoro będę sam, nie będę się wstydził uciekać, gdybym zaś był z panem, wstydzilibyśmy się obaj. Ja mam potężne nogi. Gdybym miał taką głowę, byłbym Sokratesem281.
Adaś musiał jednakże przez długie godziny przekonywać zatroskanego profesora, zanim zacny człowiek zgodził się na tę wyprawę. Raz się zgodziwszy, natychmiast odwoływał pozwolenie i trzeba było zaczynać na nowo.
— Idź! — zawołał wreszcie profesor. — Ale jeśli tu przyniosą twego trupa, wtedy będę dla ciebie bez litości.
— Zgoda! — zaśmiał się Adaś.
O zmierzchu żegnano Adasia przed gankiem z wielkim krzykiem i żałosnym rwetesem. Matematyk i pani Gąsowska przekonani byli, że chłopiec naprawdę ich opuszcza, lecz że może powróci. Panna Wanda była wtajemniczona, lecz grała swoją rolę znakomicie. Miała odprowadzić Adasia na stację kolei, więc się teraz przyglądała rzewnym pożegnaniom. Walizę chłopca położono na koźle wózka obok woźnicy, wyrostka w rozchełstanej koszulinie, dzierżącego bat większy od niego.
Adaś, gramoląc się na wózek, spojrzał chyłkiem w zarośla przed domem, lecz nie dojrzał nikogo.
„Jeśli mnie pilnują — pomyślał — na myśl im nie przyjdzie, że to udany wyjazd. Na wszelki wypadek będą czekali powrotu Wandzi, aby się przekonać, że nie powróciłem”.
Wieczór mocno zgęstniał, gdy jechali do stacji.
— Panno Wandeczko — szepnął Adaś. — Teraz ukryję walizkę na dnie wózka i pani z nią powróci. Niech jej tylko nie wnoszą do domu. Niech sobie zajedzie do jakiejś szopy i tam ją ukryjcie.