— A czy pan myśli, że teraz nikt nas nie śledzi?
— Musiałby przyjechać za nami, a za nami nikt nie jechał. Pociąg odchodzi za pięć minut... Przenocuję tu gdzieś w pobliżu, a jutro rano rozpocznę wędrowanie.
— Niech się pan strzeże, drogi panie Adasiu, niech się pan strzeże!
— Niebawem wrócę i wtedy...
— Co wtedy?
— Wtedy... pani... może coś powiem...
Panna Wanda otwarła dość szeroko fiołkowe oczy i cicho westchnąwszy, spojrzała w tę stronę, „skąd pierwsze gwiazdy na niebie zaświecą”282. W tym bowiem kierunku, wskazanym przez Słowackiego, spoglądają zawsze ci, którym jest smutno.
Pożegnali się pośpiesznie, bo pociąg, chory na sapiącą astmę, wtoczył się zziajany na małą stacyjkę, obok której w ogródku kwitło kilka czerwonych kwiatków, a przed nią zakwitł zawiadowca w czerwonej czapce. Adaś udał, że pobiegł w stronę pociągu. Jeszcze raz się odwrócił i skinął ręką, jakby dając znak dziewczynie, że może odjeżdżać; ruch ten powtórzył zawiadowca, dając znać pociągowi, że może uczynić to samo.
Adaś, unikając świateł na stacji reprezentowanych przez jedną latarnię, ledwie łypiącą okiem, przemknął się w mroku i wychynął dopiero w pustym polu. Wieczór był śliczny i ciepły; rosa padała gęsto jak jasne panieńskie łezki. Gdzieś w oddali zaszczekał barytonem283 jakiś stary kundel, oznajmiając światu, pełnemu kąśliwych pcheł, że czuwa i czuwać nie przestanie. Dwa świerszcze nawoływały się skrzypliwie i smutno.
Chłopiec szedł przed siebie w noc, nie śpiesząc się. Wlókł się obok toru kolejowego na zachód. Postanowił zatoczyć wielki krąg i minąwszy z daleka Bejgołę, dojść w te strony, gdzie spało miasteczko na wielkim trakcie. Wędrowanie po nocy po nieznanej okolicy nie miało wiele sensu, więc trzeba było utknąć gdzieś po drodze. Pogadał z nierozgarniętym pastuszkiem, stróżującym przy spętanych koniach, i dowiedział się, że mógłby spędzić noc niedaleko, u leśnika.