Gościnnie przyjęty, został zaprowadzony do wytwornej sypialni na stogu pachnącego siana i przysiągłszy uroczyście, że nie zaprószy ognia, usnął sprawiedliwym snem, pełnym miłych widzeń i niemiłych myszy, które w tym stogu musiały mieć swój bardzo ruchliwy cyrk. Zbudziło go rozkrzyczane blaskiem słońce i radośnie rozkrzyczana żona gajowego, oznajmiająca, że ludzie roztropni pożywiają się o tym czasie czarnym chlebem i białym mlekiem. Adaś, który po zdrowym śnie mógłby zjeść pół stogu siana, zajął się z entuzjazmem darami bożymi, dającymi siły, i po upływie godziny był już w drodze. Pouczono go, którędy ma iść, aby przez polne drogi dojść do miasteczka. Ogarnęła go rzeźwa, w porannych rosach wykąpana, słoneczna radość. Przystawał czasem i patrzył zachwyconym spojrzeniem, jak szara grudka ziemi przez jakieś czarodziejstwo odrywa się od bruzdy, dostaje skrzydeł i unosząc się coraz wyżej, coraz wyżej, wzbija się w błękit, śpiewając. Skowrończe głosy idą w niebiosy. Adaś słuchał w zalękłym podziwie, zdawało się bowiem, że niebieskiemu śpiewakowi musi z nadmiernego uniesienia pęknąć malutkie, śpiewem bulgocące serce.
Mijał wsie, przytulone miłośnie do biednej, lecz ślicznej ziemi. Wiejskie kundle, śpiące w nagrzanym pyle drogi, oszczekiwały go wcale łagodnie, z psiego obowiązku, ut aliquid fecisse videatur284. Jedynie młodsza psia generacja okazywała jaką taką gorliwość, stary wyga bowiem, wytrawny pchlarz, otwierał do połowy mądre, krwią nabiegłe oko, a spenetrowawszy, że wędrowiec niewart jest większego zachodu, zasypiał, uśmiechając się przez sen do potężnego widma kości pełnej szpiku.
Adaś szedł miedzami pól „malowanych zbożem rozmaitem”285, już dostatnio dojrzałym i złotym, groblami stawów, sennych i srebrzyście łuszczących się w jaskrawym blasku słońca, przez rzadkie laski brzozowe, pełne wykrotów286, nalanych bagnistą wodą. Czasem zerwał się sprzed jego stóp zając-idiota, wielce nastroszony, i zapadał w kotlinie, aby znowu zasnąć lekkim snem, pełnym widm, kosmatych i szczekających.
Około południa usłyszał splątane krzyki i nawoływania. Orkiestra była diabelska i gdyby w pobliżu znajdował się cmentarz, ten i ów nieboszczyk, spać w tym zgiełku nie mogąc, byłby zabrał trumnę i przeniósł się w spokojniejszą okolicę. Nad śliczną wodą odprawiała krzykliwe igrzyska liczna banda urwipołciów pod przewodem zuchowatej dziewczyny-jenerała287. Szczególnie śmieszny był długonogi jakiś dryblas, piegowaty jak indycze jajo. Po dwóch stronach wody bieliły się dwa obszerne domy, a jeden z nich dźwigał na sobie garb niewysokiej wieży.
Banda, ujrzawszy przybysza, umilkła, co pozwoliło ogłuchłemu światu odetchnąć na krótką chwilę.
— Czuwaj!288 — zawołał Adaś.
— Czuwaj! — odkrzyknęli mołojcy i otoczyli go kołem.
— Czy wolno mi tu odpocząć?
— Bardzo prosimy! — rzekła z uśmiechem dziewczyna. — Skąd prowadzą bogowie?
— Ani bogowie tego nie wiedzą, ani ja nie wiem — zaśmiał się Adaś. — Jestem taki Marek, co idzie na jarmarek289. Chodzę, aby nie siedzieć.