Panna-jenerał skinęła przyjaźnie głową na znak, że jeszcze jeden wesoły rzezimieszek przyda się na tym radosnym świecie. Adaś oznajmił, że się zwie Cisowski, co zapewne nikomu nie będzie wadziło, więc i oni wymienili z kolei swoje nazwiska.

— Niemczewscy?... Gilewicz?... Kropka?... — zdumiał się Adaś. — Zaraz, zaraz. Coś mi się zdaje, szlachetni mężowie, i ty, dostojna pani, że ja już gdzieś słyszałem te świetne nazwiska, kiedyś i teraz, bardzo niedawno... Za pozwoleniem! Czy ten dwór na prawo to Głodowce, a ten na lewo — Wiliszki?

— Tak jest! — rzekła panna z odrapanymi kolanami. — Wszystkie te nazwiska zna pan zapewne z książki Makuszyńskiego Złamany miecz.

— Prawda! — zawołał Adaś.

— Użył sobie na nas pan Makuszyński, użył... — mówiła panienka. — Powypisywał nieprawdopodobne historie o naszych rodach.

— Więc to wszystko nieprawda?

— Trochę prawdy w tym jest, ale po co zaraz o tym pisać? Od roku wszyscy się z nas śmieją... Żebyśmy go tak dostali w swoje ręce!

— Niech go Bóg strzeże! — zaśmiał się Adaś. — Ile was tu jest?

— Siedmioro! — z dumą rzekła panienka.

— Za pozwoleniem — rzekł żywo Adaś. — Czy tu gdzieś w okolicy nie mieszkają państwo Gąsowscy?