— Owszem. Niedaleko stąd. Kolega ich zna?
— Słyszałem o nich. Jest tam jakaś panna, podobno śliczna?
— E, zaraz śliczna! Podobna do ludzi, ale nic nadzwyczajnego. Nigdy tu u nas nie była, bo zadziera nosa. I jakiś sztubak podobno przyjechał do nich na wakacje... Ignaś widział go na stacji i mówi, że to hebes290.
— A co to znaczy „hebes”?
— W dzień małpa, a w nocy kretyn. Zresztą niech go kaczka kopnie! Kolega zje u nas obiad?
— Jeżeli będzie można...
— A jutro u nas — wtrącił milczący dotąd, bardzo miły chłopiec.
— Kolega Adam Gilewicz, jeśli się nie mylę? — zapytał Adaś uprzejmie. — Bardzo serdecznie dziękuję, lecz jutro będę już daleko.
Ponieważ wieś była smutna, więc należało schwytać miłego gościa chociaż na jeden dzień. Banda otoczywszy go, wiodła w triumfie do Wiliszek. Dwóch wiatronogich291 gońców pobiegło przodem, aby go oznajmić, pora obiadowa była bowiem bliska. Po krótkiej chwili można było zauważyć krzykliwy rozruch w kurniku, niespodziany bowiem gość na wsi przychodzi razem ze śmiercią niewinnego kurczęcia. Dziw to był zresztą, że w tym domu w ogóle było jeszcze cokolwiek do zjedzenia; uczeni obliczyli ściśle, że w skali żarłoczności dwóch drapichrustów292 dorównuje jednemu rekinowi, w Wiliszkach było tego tałatajstwa293 pięcioro, bo i powiewną panienkę z wszelką słusznością należało wpisać do rejestrów bandy.
Pani Niemczewska, właścicielka Wiliszek, mile przyjęła gościa, nie zadając mu żadnych pytań: a skąd? a po co? Był młody i młodość go przyprowadziła. Żadne inne racje nie były potrzebne. Poprosiła go serdecznie, aby zanocował przed dalszą drogą i po obiedzie odwiedził Głodowce, gdzie pozna szlachetnego człowieka, znanego mu zresztą ze Złamanego miecza — pana Rozbickiego.