— Muszę i ja zobaczyć, dla kogo pracowałem — zaśmiał się Adaś jakoś nieszczerze i poszedł za nią.
Skradając się pod ścianami, zajrzał przez otwarte drzwi wiodące do kuchni. Stał tam człowiek, który gorąco dziękował panience.
„Malarz! Fałszywy malarz!” — zawołał Adaś bez słów.
Rozmyślał przez chwilę, potem jednym kocim skokiem był za drzwiami wiodącymi na obejście.
Niezmierne zdumienie i serdeczny niepokój ogarnął cały dom: gość, miły, wesoły gość, przepadł tego wieczora jak kamień w wodzie.
9. „Nie pchaj palców między drzwi!”
Adaś przemykał się wśród tysiąca ostrożności przez zarośla, starając się nie spuścić z oczów stąpającego powoli „malarza”. Zmierzał on w stronę gościńca. Szedł z pochyloną głową, jakby głęboko zamyślony. Noc była jasna, bo połowa księżyca, jak połowa bochenka chleba, siedziała wśród gwiazd.
Oddaliwszy się od dworu, nieznajomy obejrzał się bacznie, potem usiadłszy pod drzewem, wydobył list i elektryczną latarkę. Osłonił ją dłonią i zaczął czytać, nisko pochylony.
„Gdyby on wiedział, że to ja pisałem własną ręką!” — pomyślał Adaś.
Ukryty za gęstym krzakiem pachnącego jałowca, patrzył wprost na pochmurną twarz czytającego. „Malarz” czytał z głęboką uwagą, zdaje się raz i drugi. Pokręcił głową i westchnął głośno.