— Teraz na miejsca. Szekspir powiada: „Palec mnie świerzbi, co dowodzi, że jakiś potwór tu nadchodzi”64. Matematyka jest już za drzwiami...
Minęła godzina cyframi najeżona jak madejowe łoże65 kolcami, minęły inne godziny, smażące się w upale. Minął czwartek i piątek, przez nieszczęsne ryby66 oczekiwany z rozpaczą, aż nadeszła wedle powszechnej umowy kalendarzowej groźna sobota, dzień sądu, dies irae67 pana profesora i calamitatis68 Cisowskiego.
Cisowski był bardzo skupiony i milczący. Cała klasa siódma na odmianę milcząca i skupiona. Wszedł raźnym krokiem pan profesor Gąsowski, skupiony i milczący. Zdawało się, że cały świat jest w tym samym nastroju. Jeśli na gwiazdach mieszkają jakieś myślące istoty, musiały — też skupione i myślące — patrzeć przez teleskopy na pogrążoną w odmęcie zwątpienia klasę siódmą.
„...I była chwila ciszy. I powietrze stało głuche, milczące, jakby z trwogi oniemiało”69. Jak w Panu Tadeuszu. Staruszek patrzył na klasę, klasa patrzyła na staruszka. Nagle ozwał się głos Cisowskiego. Zdawało się, że słowa jego tak zabrzęczały, jakby ktoś nagle rozbił szybę, a rozpryśnięta cisza rozleciała się w tysiąc kawałków.
— Panie profesor, chciałbym coś powiedzieć...
— Cofasz się? — zawołał z nietajoną radością pan Gąsowski.
— Nie. Chciałbym tylko najserdeczniej prosić pana profesora, aby w razie mego niepowodzenia pan profesor ukarał tylko mnie. Oni nie są winni.
— Pomyślę o tym... Widzę z przyjemnością, że zachowałeś resztki sumienia. Czy to wszystko?
— Nie wszystko, panie profesorze... Pragnę jeszcze zapewnić pana profesora, że wedle jednomyślnej uchwały całej klasy wszystkie zaniedbania będą odrobione i nikt panu profesorowi nie przyniesie wstydu. I tak będzie odtąd zawsze.
Blade oblicze staruszka pokraśniało70 i usta mu zadrgały. Chciał coś rzec, ale nie rzekł. Musiał sobie jednakże powtórzyć w myśli włoskie porzekadło: Non c’è sabato senza sole! „Nie ma soboty bez promyczka słońca!” — bo się łagodnie uśmiechnął, a właśnie była sobota.