— Trzeba ratować tego człowieka! — zawołał. — Szostak! Jest jaki suchy koc?
— Jest!
— Dawaj go tu!
Położono Francuza na kocu, czterech topielców chwyciło za cztery rogi i pędem ponieśli go do namiotu. Napojono go gorącą herbatą i natarto z taką serdeczną gorliwością, że Francuz ożył czym prędzej.
Deszcz przestał padać i gwiazdy, doskonale wymyte, przeto jak gdyby jaśniejsze, zaczęły mrugać ponad światem. A w obozie zapłonęło ognisko, również jak gwiazda. Godzina była dziesiąta.
Adaś, należycie osuszony, wydobył z kieszeni papiery i również je osuszył. Potem odbywszy cichą naradę z komendantem, „wziął słowo”356 i rzekł:
— Dziękuję wam, najdroższe chłopaki, żeście uratowali życie mnie i temu panu...
— Nie ma za co! — oznajmił tatarski czambuł.
— Teraz my z kolei podziękujemy jemu za to, co on uczynił... Panie! — zwrócił się do Francuza. — Nie wiem, kim pan jest... Ale teraz wiemy wszyscy, że jest pan prawdziwym Francuzem. Sam w śmiertelnym niebezpieczeństwie, ocalił pan naszego towarzysza. Wspaniale pan postąpił, wspaniale! Dziękujemy panu z całego serca... Nie opuścimy pana, oczywiście! A tu są pańskie dokumenty i czeki!
— Och, och! — zdumiał się Francuz.