Po chwili ujrzał przed sobą trupio bladą twarz Francuza tulącego małego chłopczynę. Podał mu rękę i ciągnął na płyciznę.

— Są wszyscy? — wołał Burski.

— Wszyscy!... Wszyscy!

— Pomóżcie mi! — krzyknął Adaś.

Dzielnego Francuza wyniesiono na brzeg.

Stężała dotąd jego twarz rozprężyła się, gasnącym spojrzeniem uśmiechnął się do chłopczyny, którego ocalił, i zemdlał z wyczerpania.

— Morowy355 chłop! — rzekł Burski. — Daj mu, Boże, zdrowie! Do obozu, prędko do obozu! O, Szostak pędzi...

Szostak pomyślał w pierwszej chwili, że jeden z tych piorunów, co wyrżnęły w ziemię podczas niedawnej burzy, musiał uderzyć w jego głowę, czego on przez dziwne roztargnienie nie zauważył. Zdawało mu się bowiem w tej chwili, że zwariował z kretesem i bez żadnej nadziei na poprawę. Ujrzawszy Adasia, chwycił się za głowę i wykonał skok tak wspaniały, jakiego nie widuje się często nawet wśród pcheł. Potem wydał z siebie wysoki skowyt: najwyższy ton nagłego i przeraźliwego szczęścia. Wpadł w otwarte ramiona Adasia i zaczął płakać jak dziecko.

— Jak się masz, jak się masz? — mruczał Adaś wzruszony. — Jak ci się powodzi, Czarna Nitko? Już dobrze, już dobrze... Au! — krzyknął niespodzianie, poczuwszy na szyi gorąco. — Przysmażyłeś mnie latarką!

Wszyscy gadali w ogromnym podnieceniu, na które władczą rękę położył Staszek Burski.