Łódź, ponad wszelką możliwość obciążona, przy nagłym uderzeniu fali przechyliła się nieznośnie i nabrawszy wody, zaczęła tonąć.
— Ratuj się pan! — wrzasnął Adaś po francusku. — Może pan dopłynie!
— Do brzegu niedaleko! — zawył Staszek jakimś bolesnym głosem. — Do wody, chłopcy!
Francuz zerwał się z wielkim trudem i ogarnąwszy jednym spojrzeniem położenie, zaczął szukać wzrokiem brzegu. Dotąd leżał z głową opartą na kolanach maleńkiego chłopczyny, co miał ze czternaście lat i był „praktykantem” wśród „starych” wygów354. Chłopak krzyknął z bolesną rozpaczą. Francuz spojrzał na niego dziwnym wzrokiem i bez namysłu chwyciwszy go wpół, runął z nim do wody. Musiał cierpieć straszliwie, gdyż twarz miał wykręconą konwulsyjnie. Omdlewał, lecz nie puścił chłopca. Utrzymywał go ponad topielą lewą, wykręconą ręką, prawą bił wodę spazmatycznymi ruchami. Fala zalała go raz i drugi raz, lecz on, w jakiejś oszalałej zawziętości, wygrzebywał się spod niej i bełkocąc niezrozumiałe słowa, płynął.
Na wodzie uczynił się rozruch i zamęt. Płynęli wszyscy z rozpaczliwym wysiłkiem, drapieżnie chwytając się życia jak urwistego brzegu. Już niedaleko... Już niedaleko... Szostak macha wciąż latarką... Woda kipi i gotuje się, lecz coraz więcej na niej białych, zmąconych pian, więc tu już zapewne płytsza. Wreszcie któryś z topielców zatrzymał się i musiał sięgnąć nogami dna, gdyż wynurzył się z wody do pasa.
— Tutaj! Tutaj! — darł się wielkim głosem.
Podpłynął do niego Adaś i również stanął na nogach.
— Gdzie Francuz? Gdzie Francuz? — pytał gorączkowo, wylewając słowa z ust razem z wodą.
— O, tam, tam... niedaleko... Dźwiga chłopca!
„Bohaterski człowiek!” — pomyślał Adaś i zaczerpnąwszy oddechu, rzucił się raz jeszcze na głębszą wodę, wołając: — Niech się pan trzyma!