— Jeśli się woda uspokoi... — odrzekł spoconym i zdyszanym głosem harcerz od steru. — Już bardzo ciemno! Może by spróbować na przełaj?

— W imię Ojca i Syna! — zawołał Adaś. — Wal, bracie, prosto!

Łódź obróciła się ciężko i zaczęła posuwać się z trudem.

— Woda się ucisza — szepnął Burski drżącym głosem. — Może się uda. Uwaga! Spokój i uwaga... Równo!

Wiosłowali z tysiącem ostrożności; zacisnęli zęby i nikt nie wymówił słowa. Błyskawice dawno już pogasły i mokra otaczała ich ciemność.

— Szostak macha latarką! — oznajmił z radością Burski. — Nie może nas widzieć, ale daje znaki. Machaj, machaj, chłopaczku, bo nie wiesz, kogo powitasz. Uda się, uda się! Adasiu, strasznie cię kocham! — krzyknął ni stąd, ni zowąd.

Adaś uścisnął mu rękę w ciemności.

I jego rozpierała radość. Wspaniałym jelenim skokiem przeskoczył — któż to wie? — może własny grób. Wydobył się z grząskiego sopotu353 rozpaczy, w którym ugrzązł po szyję; jest wolny i wśród dobrych towarzyszów, z których jeden skoczy dla niego do zbełtanej wody, a drugi, ten, co tam na brzegu udaje morską latarnię, skoczy dla odmiany w ogień. Awantura wprawdzie nie skończyła się jeszcze i teraz dopiero stać się może prawdziwie groźna. Nie ulega wątpliwości, że „towarzystwo” z Żywotówki wpadnie w zrozumiałą wściekłość, zastawszy puste gniazdo po nim i po Francuzie. Zaczną tropić i wytropią; Francuzowi należy przeto wytłumaczyć, aby uciekał czym prędzej, co zapewne uczyni bez wahania, a samemu trzeba będzie otoczyć się gwardią mołojecką, złożoną z tego świetnego zastępu dzielnych chłopców.

— Co się stało? — krzyknął Adaś, przerwawszy rozmyślania.

— Nieszczęście! — zdławionym głosem odkrzyknął Burski. — Już po nas!