— Wybornie! — zawołał Adaś. — Ale czy się zgodzi?

— Widziałem — mówił Burski — jak przed kilku dniami owijał bandażami zranioną nogę jakiegoś włóczęgi, którego potem karmił w swoim biednym domu przez trzy dni. Włóczęga, odchodząc, zabrał mu tylko dwie kury, bo staruszek nie miał ich więcej. Widziałem też, jak w koszyku nosił do biednej wioski kilka bochenków chleba, a przysięgam, że sam musiał być głodny, bo się ledwie wlókł. Widywaliśmy go często tutaj nad wodą, bo łowił ryby, lecz nigdy żadnej nie ułowił, gdyż nie przywiązywał do wędki haczyka, pewnie dlatego, aby ryby nie zranić. Siedział godzinami na brzegu i serdecznie namawiał ryby, aby się zechciały przyczepić do sznurka, na którym wisiała na przynętę skórka chleba. Kochane człowieczysko, tylko zbyt poczciwe i wielki już staruszek.

— Daleko stąd mieszka?

— Niedaleko. Spoza wzgórka widać biedniutki kościółek i mizerny domek.

— A nie byłoby za późno, gdyby zajść do niego o tej porze?

— O siódmej wieczorem też byłoby za późno! Biedaczysko idzie spać o zmroku, gdyż żałuje na naftę. Zamiast nafty dla siebie można kupić chleba dla innych.

— Są jeszcze tacy ludzie... — rzekł Adaś wzruszony. — Mój Boże!

Zwrócił się do Francuza, co odpoczywał z zamkniętymi oczami, i opowiedział mu pokrótce, co uradzono.

— Dobrze! Dobrze! — rzekł Francuz. — Tu niebezpiecznie... Tu bardzo niebezpiecznie... Oni tu przyjdą.

— Więc my odejdziemy stąd przedtem. Staszek! Jak my to wszystko urządzimy?