— Czy nazywasz się Kaczanowski?
— Tak, proszę pana profesora... Ale to jakaś pomyłka...
— Jaka pomyłka?
— Ja przecie nie miałem być dzisiaj pytany... to znaczy...
Chciał cofnąć te słowa, ale nie mógł już schwytać ich w locie.
— To musi być pomyłka! — dodał już z rozpaczą.
Pan profesor Gąsowski spojrzał na niego z niewymownym zdumieniem.
— Proszę wyjść w tej chwili z ławki!
— Dobrze, panie profesorze — rzekł Kaczanowski z goryczą. — Ale z tego i tak nic nie będzie.
Po klasie przebiegł zatrwożony szmer, jakby wicher poruszył śpiące sitowie. Skazaniec zbliżył się do katedry i stał, zamieniony w słup soli, znękany, pobity, nieszczęsny, zdziwiony, rozżalony, pobladły i gotowy na śmierć. Klasa zaczęła dawać mu dziwaczne znaki, zachęcać go szeptami, ruchami rąk i mruganiem oczów31. Siedzący w pierwszej ławce dobry kolega Cisowski „krzyknął” zduszonym szeptem brzuchomówcy: