— Ja bardzo chciałbym z księdzem proboszczem pomówić na osobności! — rzekł Adaś z powagą.
Ksiądz Kazuro, tak się zwał, zdumiał się odrobinę. Potem się uśmiechnął słodkim, rumianym uśmiechem.
— Chodź ze mną, młodzianku święty, do drugiej izby, a nie lękaj się myszy, bo bardzo oswojone.
Ksiądz wdział na siebie jakiś nieszczęsny płaszcz, który — sądząc z wieku — mógł być połową opończy świętego Marcina360, i zapaliwszy drugą, dychawiczną361 świeczkę, uczynioną z wybornego łoju362, powiódł go do maleńkiej izdebki obok. Długo tam z sobą gadali.
— Arabska awantura363, święci młodziankowie! — mówił ksiądz Kazuro, powróciwszy do zgromadzenia. — Już wiem wszystko... Tego Francuza przechowam u siebie i ciałem własnym go zasłonię, ale tak myślę, że go u mnie szukać nie będą. Pan Adam też tutaj pozostanie na noc, a wy, święci młodziankowie, czyńcie, co macie czynić.
— Stasiu! — mówił z pośpiechem Adaś, odprowadziwszy Burskiego na stronę. — Teraz niech twoja armia idzie spać, ale śpijcie czujnie jak zające. O świcie wybierzcie się w drogę i podążajcie do wsi Gąsowskich, do Bejgoty. Rozbijcie obóz za parkiem, nad strumieniem. Ja wyruszę też o wschodzie słońca, ale inną drogą. Spotkamy się w Bejgole. A teraz dawaj pyska, mandrylu364!... Raz jeszcze dziękuję ci za życie!
Uścisnęli się, po czym Burski żegnał się z księdzem.
— Niech was Bóg prowadzi, święci młodziankowie! — rzekł ksiądz.
— Czuwaj! — krzyknęła gromada.
— Oczywiście, że będę czuwał — odpowiedział staruszek, cokolwiek zdumiony, że ta przyjemna hałastra nakazuje mu to tak gromko i obcesowo365.