— Święci młodziankowie! Skąd Francuz?

— Wszystko księdzu dobrodziejowi opowiemy. Czy można go wnieść?

— Ależ tak! Ależ tak! Tędy...

Staruszek podreptał szybko do izby i mościł jakieś posłanie.

— Tu go połóżcie, święci młodziankowie... A co jemu jest?

— Rękę ma zwichniętą. I omalże się nie utopił, a jednego z nas wyratował...

— Taka to ryba? Patrzcie: Francuz! A czy on katolik?

— Zapewne...

— Tutaj go kładźcie. Poduszkę pod głowę... Mam tylko jedną, ale wyborną, bo wypchaną kogucim pierzem. Tak, tak dobrze! A ten młodzianek, kto on taki? Jego jeszcze nie widziałem — mówił, patrząc z życzliwym uśmiechem na Adasia.

— Nasz przyjaciel, proszę księdza.