— Przystańcie, a ja zapukam — rzekł cicho Burski. — Żal mi budzić staruszka, ale co robić?
Uderzył lekko palcem w szybę okna i nasłuchiwał.
— Trzeba mocniej...
Po długiej chwili mignęło w oknie chude światełko. Skrzypnęły drzwi i stanął w nich rumiany starowina w białym obleczeniu358 jak przyjazny duch.
— Święci młodziankowie!359 A co się stało? — zapytał, wypatrując w mroku.
— Harcerze przynieśli chorego człowieka! — oznajmił Burski. — Czy ksiądz dobrodziej zechce go przyjąć?
— Aaa! — zdumiał się staruszek. — Żyjecie jeszcze! Nie potopiliście się?
— My nie, ale łódź, księże proboszczu, leży na dnie — rzekł Burski z odrobiną strachu w głosie.
— Niech spoczywa w spokoju! — powiedział ksiądz. — Prawdę powiedziawszy, to nie była łódź, lecz arka Noego. A który z was jest chory?
— Z nas żaden. To obcy: Francuz.