— Mówić nie warto! — przerwał mu Adaś.
Wraz z Burskim ujęli go pod ręce i uszli kilka kroków.
— Nie da się! — rzekł Burski. — Ten człowiek jest okropnie wycieńczony.
Francuz, poczuwszy dotkliwy ból w ręce, syknął w pierwszej chwili, lecz zaraz potem zacisnął zęby, aby niczego po sobie nie pokazać.
— Tak, nie da się w ten sposób! — przyświadczył Adaś. — Bracia Polacy! Trzeba będzie nieść tego dzielnego człowieka.
— Ja poniosę! — zgłosił się na pierwszego ochotnika ocalony przez Francuza chłopczyna.
— I ty też, i ty też!... Bądź spokojny, krzywda ci się nie stanie.
Nieśli go na zmianę, zachowując wszelkie ostrożności, aby go nie urazić. Droga była uciążliwa, gdyż krętą ścieżką wlokła się pod górę. Świat zalała powódź wilgotnej ciemności, więc idący na przedzie oświetlał drogę latarką.
— Już niedaleko — rzekł znużonym głosem Burski. — Za tym zagajnikiem...
Zaczerniła się sylwetka maleńkiego, drewnianego kościółka, takiego ubogiego przybytku, w którym Pan Bóg najchętniej przebywa i do którego czasem w dzień pogodny wlatują jaskółki i pszczoły. Obok stał domek, przed którym tkwiły na warcie dwa wyniosłe słoneczniki. W niewielkim oddaleniu bieliły się chłopskie chałupiny jak gromada białych owiec na łące.