— Młodzianku święty! — szeptał nad nim ksiądz Kazuro, gładząc go po głowie.
Adaś zerwał się i w pierwszej chwili patrzył na rumianego i siwego księdza jak na widmo, nie rozumiejąc, gdzie się znajduje, a zrozumiawszy, roześmiał się.
— Ależ spałem! — zawołał. — Byłbym przespał cały dzień. Co tam Francuz?
— Gadaliśmy sobie przez pół godziny bardzo serdecznie, tylko że nie wiem o czym. Przespał się i jest rzeźwiejszy. Zapytaj go, młodzianku święty, czego mu potrzeba, bo ja idę mszę świętą odprawić.
— A czy ksiądz dobrodziej pozwoli mi obejrzeć drzwi?
— A! Te drzwi z Bejgoły... Nie zapomniałeś?
Adaś chciał odrzec słowami proroka Jeremiasza369, że „prędzej by język przyschnął do jego podniebienia”370, niżby on o tych drzwiach zapomniał. Z Francuzem pogada za chwilę...
Mały, ubożuchny budyneczek szkolny był otwarty, nikt bowiem nie był łasy na czarną tablicę i wyschniętą gąbkę. Obok szkoły płowy371 pastuszek pasł melancholijną i wielkooką krowę.
Serce drżało w Adasiu, gdy dotknął rękami długo szukanych drzwi: pokrzywił je reumatyzm starości i stoczyły je czerwie372. Obejrzał je bacznie. Nic nie widać. Nie ma na nich żadnego napisu. Może z drugiej strony? Nie! Po drugiej stronie też nie ma nic.
Adasia ogarnął niepokój. Począł myśleć gorączkowo.