— Widać z tego — rzekł matematyk — że uległ czyjejś przemocy. Ktoś mu kazał napisać list, który miał nas uspokoić i uśpić naszą czujność. Jednakże sprytny chłopiec czujność tę obudził, przemyślnym nawołując nas akrostychem. Periculum in mora!383 Wandziu, idź obudź nocnego stróża, aby miał oko na dom. Krzywdy żadnej mu się nie wyrządzi, bo wyspał się w nocy. Ewo! Każ zaniknąć wszystkie drzwi! Gdyby zauważono kogoś nieznajomego w pobliżu domu, uderz na alarm łyżką w patelnię. To będzie znak!

Niewiasty wybiegły, goniąc własny lęk.

— Ty, Pawle... — zagrzmiał matematyk, urwał jednak, spojrzawszy na mroczną twarz brata.

Pan profesor jak gdyby nie słyszał gromkiej komendy. Siedział skupiony i głęboko zadumany.

— „Strzeżcie domu!” — powtarzał niskim głosem. — „Strzeżcie domu!”... Oczywiście, będziemy go strzegli... Mądry chłopiec!... A wiesz, bracie — rzekł z niespodzianą dobitnością — co mi przychodzi na myśl? Mój znakomity uczeń, posyłając nam to hasło, wiedział o jakiejś zamierzonej napaści lub o jakichś nieprzyjaznych knowaniach. Przypadkiem jednak uderzył tymi słowami w nasze serca.

— Nie widzę związku pomiędzy sercem i akrostychem!

— Nie widzisz?... W tym właśnie cała tragedia, że ty nie widzisz! Bracie! — rzekł gorącym głosem. — Nie gadałem z tobą o tym przez całe lata... Nie chciałem zwady, lękałem się twojej popędliwości... Wiesz, że cię kocham serdecznie, choć tego nie pokazuję...

— I cóż mi chcesz teraz powiedzieć? — zapytał podejrzliwie matematyk.

— Jesteśmy sami i nikt nas nie słyszy, więc możemy zrzucić z serca to wszystko ciężkie, co je tłoczy. Ostrzegawcze słowa tego chłopca odbiły się w mojej duszy głośnym echem. „Strzeżcie domu!” Czy my strzeżemy tego domu, w którym od trzystu lat kwitło i umierało, umierało i kwitło nasze życie? Uczciwe, proste, szlachetne życie wielu pokoleń. I ty, i ja przestaliśmy strzec domu, w którym jak w spichrzu przechowywano przez wieki zdrowe ziarno. Ja wyleciałem jak gołąb z arki, a ty czynisz wszystko, ale nigdy to, coś czynić powinien. Nasz dom się wali, rozsypuje się w gruzy, zapada się w ziemię. Niszczeje z nim to, co było zgrzebne, lecz uczciwe. Marnieje malutka komórka tego wielkiego, pracowitego ula, co jest ojczyzną. Marnieje i zniknie wreszcie jeszcze jeden chlebny warsztat, co żywił wiele ludzi. Maluczko, a wygnają nas stąd...

— Nie może być! — zdumiał się matematyk.