— Może być, może! Nie tylko nas stąd wygnają, ale razem z nami i tę szlachetną dobroć, co mieszkała w tym domu, i pamięć spraw wielkich i wzniosłych, i tę dumę odwieczną, co się nie skalała nigdy czynem złym lub niskim. Ten dom był wylęgarnią ludzi nie doskonałych, bo takich nie ma na świecie, lecz czystych i uczciwych, których jest mało na świecie. A my jakże go strzeżemy? Tobie oddaliśmy go pod opiekę... Tobie... A ty zamiast pazurami wedrzeć się w tę odrobinę ziemi, zamiast na własnych barkach dźwigać ten dom jak Atlas384 świat, obarczyłeś tą troską biedną, znękaną kobietę, a sam...

— Ja miałem wielkie plany... — mówił matematyk nad podziw spokojnie.

— Wiem, wiem... Lecz twoje plany były nie „wielkie”, lecz „zbyt wielkie”. Głowę miałeś w chmurach, ale nie czułeś gruntu pod nogami. Nie gniewaj się, miły bracie, że gorycz przemawia przeze mnie. Z miłości to mówię, nie ze złośliwości. Wiesz, co jest najgorszym wrogiem uczciwej polskiej natury? Dyletantyzm385... Imanie386 się nie swoich rzeczy... Szlachetne partactwo387... Godzien wielkiego szacunku jest szewc, który wybornie szyje buty, śmiechu natomiast wart jest taki szewc, co zaniedbawszy swojego rzemiosła, pisuje liche wiersze i usiłuje wiązać rymy jak kozie ogony. Ty grzebiesz się w wielkiej matematyce, uroiwszy sobie, że zdumiejesz świat. Bez głębokich przygotowań, bez olbrzymiej wiedzy, zdobytej w spoconym trudzie, bez wytrzymałości, która potrzebna jest nawet geniuszowi, pragniesz dokonać czegoś, czego najtęższe nie mogły dokonać głowy. Ile lat strawiłeś na tym?

— Piętnaście — odrzekł matematyk ponuro.

— I co?

Brat targnął brodę i z niezmiernym trudem wyznał:

— Nie doszedłem do niczego... Nie myśl — dodał gwałtownie — że i mnie nie przychodziło na myśl to wszystko, o czym mówisz w tej chwili. Łudziłem się jednak... Widzę, że łudziłem się tragicznie. Wstyd mi się było przyznać... A nie wiedziałem, że z naszym domem jest tak źle. Przysięgam ci, że nie wiedziałem!

— Z gwiazd nie widać Bejgoły... A tymczasem twoja żona więcej wylała łez, niż ty wypisałeś matematycznych znaków.

— Jak to? Ona płakała?

— Myślę, że codziennie od lat piętnastu.