— Biada mojej głowie! — krzyknął matematyk.
— Były to jednak drobne deszcze przed wielką ulewą łez, co spadnie w owym dniu, w którym każą wam stąd odejść.
— Nigdy, nigdy! — wołał brat. — Połóż rękę na sercu i przysięgnij, że mówisz prawdę!
— Kładę rękę na sercu — rzekł uroczyście profesor.
Matematyk runął na krzesło wedle przepisu Danta „I upadł, jako ciało martwe pada”388. Dyszał ciężko i mocował się z duszą jak Jakub z Aniołem389. Po długiej chwili zaczął mówić, tocząc słowa jak głazy:
— Dzisiaj jeszcze spalę moje papiery... Na nic mi one, skoro są oblane łzami... Partactwo, powiadasz? Precz z partactwem!
— Tak, tak! — rzekł profesor gorąco. — Wielkie rzeczy zostaw innym, co się na tym znają. Nie troskaj się o cudze sprawy... Świat da sobie radę bez ciebie! O drogi bracie! Strzeż domu, jak ci radzi ów wyborny chłopiec, Piotruś. Czy nie gniewasz się na mnie?
Matematyk, przedziwnie rozrzewniony, otworzył szeroko ramiona i przycisnął brata najpierw do brody, a potem do serca. Wykrzyknął jakieś słowa niezrozumiałe i podniósłszy w górę obie ręce, jakby tym ruchem chciał powstrzymać niebo, walące mu się na głowę, „były matematyk” wybiegł z pokoju.
Profesor patrzył za nim długo, potem westchnąwszy z wielką ulgą, poszedł na poszukiwanie Wandzi, aby się z nią naradzić nad umocnieniem lichej bejgolskiej twierdzy.
Obejrzeli wszystkie drzwi i zamknęli na zasuwę drzwi od wejścia, chociaż dzień dopiero szarzeć poczynał i wieczór był jeszcze za lasem. Spuścili starego psa z łańcucha i namawiali gorąco, aby przynajmniej udawał jaką taką grozę, pies jednak spojrzawszy na nich jednym okiem — zasnął.