— Tak. Przypomniałem sobie, że to widziałem, kiedyśmy zwiedzali strych. Pamięta pan profesor? Ale my już musimy iść — rzekł szybko, jakby unikając dalszych pytań.
— Znowu przez okno?
— „Z księżycem przez szpary!”394 — jak mówi Słowacki. Do widzenia, panie profesorze! Staszek, wyłaź pierwszy!
— Chłopcy, na Boga, dokąd wy idziecie?
— „Z dali w dal!”395, jak mówi poeta — zaśmiał się cicho Adaś.
— Nie żartuj, Piotrusiu! Czy nic wam nie grozi? Daj mi słowo, że się nie narażasz na niebezpieczeństwo!
— Oho! Staszek-ptaszek już wyleciał! — szepnął Adaś, nie odpowiedziawszy na bolesne pytanie. — Dobranoc, drogi panie profesorze! Niech pan cichutko zamknie okienko... I nikomu ani słowa...
— Piotrusiu!
„Piotrusia” jednakże już nie było. Dwa cienie, skulone i zgarbione, zaczerniły się na chwilę i wsiąkły w mrok jak dwie atramentowe plamy w bibułę.
— Boję się! — jęknął duch w długiej nocnej koszuli i wreszcie stał się podobny do zawodowego ducha, gdyż z zimna zaszczękał zębami.