Adaś zaśmiał się cichutko.
— Niech pan profesor będzie spokojny. Staszek!... Miej latarkę w pogotowiu... Tędy!
Profesor usiadł na łóżku i łowił uchem każdy szmer.
„Czego oni szukają o północy na strychu? — rozmyślał zaniepokojony. — Straszny chłopiec! Jakaś wielka przygotowuje się awantura... Długo nie wracają... Nic nie słychać... Oho! Są...”
— Wszystko w porządku, panie profesorze — szeptał Adaś rozradowanym szeptem. — Bardzo przepraszam za obudzenie. Jutro się zjawię. Ach! Panie profesorze... Przyjdę ze Staszkiem rano w porze śniadania i wcale się nie będę ukrywał. Przeciwnie, o jedno proszę: niech pan profesor uczyni wielki zgiełk na moje powitanie. Taki zgiełk, żeby z daleka go słyszano. I niech pan profesor będzie zdumiony, że mnie widzi.
— Ja w ogóle będę zdumiony!
— O to idzie, aby nikt nawet nie przypuszczał, że ja tu byłem w nocy.
— Rozumiem! Mam być chytry!... Będę chytry. I będę się darł wniebogłosy. Zresztą gdybym ja tego zaniedbał, mój brat huknie tak, że słychać będzie na trzy mile. Co ty tu masz, chłopcze?
— Nic. Taki sobie drobiazg...
— Na strychu go znalazłeś?