Rzuciwszy rozpaloną pochodnię w łatwopalną słomę wyobraźni, skłonił się wdzięcznie i mrugnąwszy lewym okiem na adiutanta, Staszka Burskiego, zniknął z pola widzenia. Powiódł przyjaciela do swojej izdebki na tajną naradę.
— Widziałeś co? — zapytał cicho.
— Patrzyłem za każdy krzak i za każde drzewo, ale nikogo nie widziałem.
— Nadaremnie zrywałem sobie gardło — mówił Adaś w zamyśleniu. — Do wieczoru jednak daleko... Jak myślisz? Czy wiedzą już, że tu jesteśmy?
— Trudno na to odpowiedzieć. Nasza warta w obozie też niczego nie zauważyła, ale to nie jest żaden dowód. Jestem pewny, że jeżeli dotąd nas nie wyśledzili, wyśledzą nas w najbliższym czasie. To nie jest wielka sztuka... Uf! Ale jestem śpiący!
— Ja też. Noc była pracowita... Spać jednak nie będę, bo mam pełną głowę i muszę myśleć. Ty możesz się przespać, ale śpij z otwartymi oczami.
— To dobre dla zająca!397 — westchnął Staszek. — Dokąd się wybierasz?
— Znikam, bo mi będziesz chrapaniem przeszkadzał w zamyśleniu.
Adaś znikł dlatego przede wszystkim, że nie mógł spokojnie usiedzieć. Przygotowywał „wielką scenę”, w zawiłym i mrocznym dramacie na wiele się ważąc. Trzeba mu było dla tej sceny romantycznego oświetlenia: tajemniczego mroku i ogromnych cieniów, więc czekał wieczora. Przekonany był, że obmyślił wszystko i że wszystko przewidział, wciąż jednak powracał myślą do tego, co się ma rozegrać, zatrwożony, że mógł w podnieceniu przeoczyć coś, co zepsuje cały dramat.
Dzień mu się dłużył okropnie. Patrzyli na niego wszyscy jak na czarodzieja, lecz nikt już o nic nie pytał. Ciekawość płonęła we wszystkich oczach, tak że każda z osób zebranych w Bejgole mogłaby spojrzeniem podpalić skład prochu. Jedynie we wzroku profesora tliła się — obok ciekawości — odrobina żalu, że wierny jego druh i towarzysz awantury nie powierzył mu tajemnicy.