— Będziemy nasłuchiwały — rzekła panna Wanda.
Szli chyłkiem przez ścieżyny parku jak mroczni i milczący Indianie. Adaś wiódł ich przez opętane drogi, pomiędzy chaszcze i gęsto rosnące tarniny, o które czasem pan Gąsowski zaczepiał brodą. Odpoczywali często, a wtedy Adaś czujnie nasłuchiwał. W pewnej chwili zbliżył się do Staszka, kroczącego wilczym chodem w tylnej straży, i szepnął:
— Słyszałeś co?
— Zdaje mi się, że coś słyszałem...
— Z której strony?
— Z lewej... Jakby ktoś rów przesadził... Nie boisz się?
— Czego? Nic się przecież stać nie może. Chodźmy!
Przez dziurę w płocie (mieli ich do wyboru siedemdziesiąt siedem) przeleźli na niewielką łączkę, na której było prawie widno.
— Baczność, panowie! — rzekł Adaś głośniej niż dotąd. — Jesteśmy u celu. Teraz będziemy szukali. Staszek, zapal latarnię!
Wydobył z zanadrza jakiś pożółkły papier i zbliżywszy go do latarni, przyglądał mu się długo i ze zmarszczonym czołem.