Uśmiechnął się równocześnie, lecz tak był roztargniony, że zamiast do dobrej mamy, uśmiechnął się do ślicznej córki.
— I cóż nam teraz powiesz, bohaterski młodzieńcze? — zapytał pan Gąsowski, który gryzł to pytanie jak kwaśne jabłko podczas powrotnej drogi.
— Niech państwo zechcą usiąść! — poprosił wdzięcznie Adaś. — Historia jest dość długa, a tylko wielki Tacyt405 umiał opowiadać historię stylem zwartym i nad podziw treściwym.
— Wie o tym ode mnie! — rzekł z dumą profesor. — Mów, dobry Piotrusiu, jak umiesz!
— Sprawa jest taka — rozpoczął Adaś. — Znalazłem owe słynne drzwi u księdza Kazury...
— To święty człowiek! — szepnęła pani Gąsowska.
— ...znalazłem więc i drzwi, i Francuza. I znalazłem napis na drzwiach... Jeśli ten napis, o którym powiem później, nie jest napisanym okrzykiem człowieka bredzącego w gorączce, znajdę drogę do kryjówki.
— Przecie jużeśmy ją znaleźli przed godziną... — huknął pan Gąsowski.
— Ech! — zaśmiał się Adaś. — Ta była fałszywa... Bo ja urządziłem komedię, proszę pana... Dość zresztą niebezpieczną... A musiałem ją urządzić, wiedziałem bowiem, że byłem śledzony. Gdybym poszedł prosto do prawdziwej kryjówki, odebrano by nam prawdziwą rzecz znalezioną. Za wszelką cenę musiałem się pozbyć tych, co za mną szli krok w krok. Gdy wilki gonią człowieka, człowiek rzuca im byle ochłap, aby się wilki zatrzymały. Uczyniłem podobnie. Widziałem wśród gratów na strychu starą okutą skrzynkę, napełnioną szpargałami. Zabrałem ją w nocy, o czym wiedział tylko pan profesor...
— Ha! — zawołał pan profesor, pomalowawszy to słówko podziwem, zdumieniem i prawdą.