— A ja marzę o tym, aby on uciekł na kraniec świata i aby go nigdy nie schwytano. Ja panu wszystko wyjaśnię... Niech się pan zechce uspokoić...

Pan profesor, jedyny Bayard401 armii, przysłuchiwał się, równie zdumiony, tej rozmowie. Nie rozumiał dziwacznego postępowania swego beniaminka402, ale ani przez chwilę nie wierzył, by Adaś „stracił zmysły ze strachu”.

„Coś w tym tkwi!” — pomyślał. A potem rzekł głośno:

— Uspokój się, bracie, i wracajmy do domu.

— Z pustymi rękami? — krzyknął „były matematyk”.

— Mamy łopaty... — bąknął profesor.

Powrót odbywał się w mrocznym milczeniu. Gromadka wlokła się ospale jak niedobitki Konrada Wallenroda403 z wyprawy lub jak szczątki cesarskiej armii po przebrnięciu przez czarne topiele Berezyny. Pan Gąsowski czasem przystawał i chwytając się zrozpaczonym ruchem rąk za głowę, pomrukiwał lwim pomrukiem.

Staszek zakwakał jak stara żaba, co była primadonną404 w żabiej operze.

Panie, ujrzawszy chmurami zasnute oblicza, przelękły się i już dobra pani Gąsowska chciała się też chwytać za głowę, kiedy Adaś rzekł szybko:

— Wszystko w porządku, proszę pani!