— Bo pan profesor ma te listy przy sobie... W którejś kieszeni...
Staruszek łypnął oczami i zaczął niespokojnie i szybko przetrząsać kieszenie. Wydobył z nich papiery, wycinki ze starych gazet, trzy chustki do nosa i trzy listy.
Siódma klasa buchnęła niepowstrzymanym śmiechem, a zacny pan profesor trzymał listy w ręce i przyglądał się im zdumionym wzrokiem.
2. Dwie awantury, a jedna gorsza od drugiej
Adaś Cisowski, brat diabła i bliski kuzyn czarownicy wedle podejrzeń profesora Gąsowskiego, był jednakże najściślej spokrewniony z uczciwym rodzajem ludzkim. Ojcem jego był szanowany lekarz, dzielny wróg śmierci i tysiąca jej dziatek76: chorób wewnętrznych i zewnętrznych, lekkich i ciężkich; matką przedobra kobieta, która — tak jak inni kapelusz — „miała na głowie cały dom”. Srogi i kłopotliwy był to ciężar, w domu tym bowiem chowało się, oprócz dorastającego Adasia, jeszcze czworo pędraków różnego wieku i płci. Banda ta odznaczała się przedziwną właściwością wywracania do góry nogami tego domu, co spoczywał na nieszczęsnej głowie matki, i trzeba było nie lada zręcznej cierpliwości, aby nie spadł. Czworo straszliwych istot, obawiając się zapewne, że nie zostaną przez ludzkość zauważone, dawało znać o sobie światu donośnym krzykiem o każdej porze dnia, co powoduje u starszych takie śmieszne i dziwaczne ruchy, jak podnoszenie oczów ku niebu, załamywanie rąk lub chwytanie się nimi za głowę.
Gdy przypadkiem zgoła niepojętym lub przez zrządzenie boże w opętanym domu, w którym czasem tynk opadał ze ścian, zapadała cisza, udręczona pani Cisowska biegła czym prędzej, przerażona, czy się czasem nie stało jakieś nieszczęście? Tak młynarz budzi się niespokojny, skoro młyn przestanie dygotać i wydawać głosy. Czworo wyjców nie krzyczało nigdy równocześnie, zabawa bowiem szybko by się skończyła, gdyby cała orkiestra ochrypła. Zwykle darł się jeden na byle jaki temat, a inni słuchali, po czym zaczynał drugi. W ten sposób przyjemność trwała dłużej i można ją było uprawiać bez końca, aż do wieczora. Adam, uczący się w sąsiednim pokoju, zatykał uszy ręką lub wsadzał w nie watę. Miał uczucie, że się uczy z akompaniamentem janczarskiej77 orkiestry. Czasem wpadał na „dzikie pola”78, do pokoju brzdąców, i gromił je potężnie, co było sposobem zawodnym, pohańbione bowiem, a czasem pobite wyjce rozpoczynały nową operę. Tałałajstwo bało się brata w pojedynkę, w gromadzie jednak było zdolne do zuchwalstwa.
Adam lubił spokój i ciszę, artykuły te jednak nie były znane w ojcowskim domu. Poza tym trzeba było chować wszystko i zamykać, gdyż szarańcza z sąsiedniego pokoju niszczyła wszystko, co napotykała po drodze: do osobliwych zabiegów używała atramentu, piór i ołówków, a jedną chytrze zdobytą książkę ze zbioru starszego brata dzieliła zwykle sprawiedliwie na cztery części, pomiędzy dwie dziewczynki i dwóch chłopców. Jeden z nich, Janek, zdradzał niezwykłe zdolności, gdy szło o zbrodnię. Umiał wydostać czerwony atrament, ukryty nawet w piecu, i użyć go w przedziwnym celu: do pomazania białych drzwi w wesołe wzory. Zaprzęg czterech tych straszliwych osobistości czynił zazwyczaj wszystko solidarnie, wedle zawołania: „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”79. Zdarzyło się jednak pewnego razu, że jeden z członków zbójeckiej bandy działał na własną korzyść. Pani Cisowska obdzieliła lodami całą szajkę, część zaś, wielce obfitą, postawiła na stole Adasia. Było to o zmroku, a w pokoju Adasia było najciemniej. W tej chwili zawołano go do telefonu, przy którym z drugiej strony wisiał gadatliwy kolega.
— Gdzie moje lody?! — wrzasnął Adaś, powróciwszy.
Nec locus, ubi lody80. Nie ma lodów. Nie ma wspomnienia o lodach. W takich tajemniczych przypadkach składa się zwykle winę na psa, lecz w tym domu nie było psa. Oszczerstwo nie zdałoby się na nic.
— Gdzie moje lody? — pytał Adaś głosem z brzucha, głębokim i groźnym.