— Uspokój się — mówił szybkim szeptem. — Stało się nieszczęście... Ani ci nie chcę dokuczyć, ani żadnej nie chcę wyrządzać ci przykrości... Ach, przestańże, u Boga Ojca! Co ty robisz?
Burski przytulił głowę do jego piersi i mówił, rwąc wyrazy na strzępy:
— Adasiu... Ja nie ukradłem... Przysięgam, że nie... Znalazłem... Ukryłem, nie zdając sobie sprawy, co robię... Skusiło mnie... Byłem głupi... Pióro jest śliczne, a ja zawsze... Ja zawsze marzyłem...
— O młody kretynie! — rzekł Adam, udając pogodę. — Rozumiem, rozumiem... Kto tak pisze jak ty, dla tego nawet zaostrzony patyk byłby pokusą... Dobrze, już dobrze... Tylko nie płacz, bo nie warto.
— Co za wstyd, co za wstyd!
— Nikt o tym wiedzieć nie będzie. Łajdactwa bym ci nie przebaczył, głupotę mogę, bo sam nie jestem wiele mądrzejszy.
— Naprawdę nie powiesz nikomu?
— Nie jestem trąbą jerychońską98. Dawaj to nieszczęsne narzędzie i bądź zdrów. Pióra nie masz oczywiście przy sobie, lecz ukryłeś je głęboko, aby taki zbytkowny przedmiot nie zwrócił uwagi w domu. Jest on albo gdzieś za obrazem, albo na piecu.
— W samym piecu — szepnął Burski.
Adam zaśmiał się głośno.