Burski przyśpieszył kroku, jak gdyby go gnał niezrozumiały niepokój. Na bladej jego twarzy ukazały się rumieńce. Wbiegł szybko na schody, obejrzawszy się, czy Adam podąża za nim. Adam szedł jak milczący cień.

— No i co? Czego chcesz? — zapytał Burski z udaną hardością, gdy znaleźli się w pokoju.

— Pióra... tego pióra, które zabrałeś Jasińskiemu... Nie gadajmy długo! Wziąłeś, oddaj i tłumacz się sam przed sobą.

— Jak śmiesz! — krzyknął kolega zdławionym głosem.

— Nie krzycz — mówił Adam. — Po co mają słyszeć wszyscy w domu? Porozmawiajmy spokojnie... Dlaczego to zrobiłeś, nie wiem. Być może dlatego, że najpierw robisz, dopiero potem myślisz. Jest mi to obojętne. Pióro Zbyszka masz ty, a Zbyszek pohańbił niesłusznie Żelskiego. Historia jest paskudna.

Burski oddychał szybko i unikając wzroku straszliwego inkwizytora, mówił zrozpaczonym głosem:

— Na jakiej podstawie śmiesz mnie oskarżać? To niesłychane!

— Widziałem dzisiaj rano twój kajet. Pisałeś dotąd jak tępym pazurem, a ja znam twoje pismo od czterech lat. Takim pismem jak twoje powinno się pisać wyroki śmierci, aby ich nikt nie mógł odczytać. Musiałeś używać do takiego pisania zadzierzystych gwoździ, od wczoraj jednak twoje pismo dziwnie się zmieniło: wypiękniało, stało się niemal ozdobne. Musiałeś też zmienić i atrament, bo czarna maź... o ta, co tutaj na twoim stole czerni się w plugawym96 kałamarzu97!... — przybrała przyjemną zielonkawą barwę takiego atramentu, którym się napełnia amerykańskie wieczne pióra. Zauważyłem poza tym, że zawsze w pisaniu nieporządny, wczoraj oddałeś się zajmującej tej pracy z zastanawiającą błogością. Musiało ci niezwykłą radość sprawić używanie misternego narzędzia. Czy mam mówić jeszcze?

Nieszczęsny chłopak jęknął i gwałtownie usiadł na krześle. Położył na stole ręce, a na nich oparł głowę. Ciało jego drgnęło lekko, jak gdyby cicho płakał.

Adam zbliżył się szybko i położył mu rękę na ramieniu.