— Ależ to nie atrament! — krzyknął ktoś ze zdumieniem.
— Oczywiście, że nie atrament... — zaśmiał się Adam.
Zdjął czarną pałeczkę z papieru i posunął ją na czystą biel papieru.
— Co to jest? — zawołano.
— Nic nadzwyczajnego: czarna nitka! Ułamek czarnej nitki... Przez jakiś diabelski przypadek przyczepiła się właśnie przed inną cyfrą, przylgnęła do papieru i udawała setkę. Rzecz martwa umie być tak złośliwa jak małpa. Gdyby była utknęła127 o dwa milimetry niżej lub wyżej, łatwo by każdy odkrył to ponure oszustwo. Raz na tysiąc lat może się zdarzyć taka historia, a zdarzyć się musiała właśnie u was i omal nie pogrążyła uczciwego chłopca. Świnia, nie nitka! A mogła łatwo skorzystać ze sposobności, bo matka tego młodzieńca (przestaniesz beczeć czy nie?) zajmuje się szyciem. Słyszałem o takim wypadku, że złośliwa mucha, pozostawiwszy złamane odnóże na dokumencie, sfałszowała datę, nigdy jednak nie przypuszczałem, aby czarna, głupia nitka mogła fałszować uczciwe rachunki. Czy rozumieją teraz wszyscy, skąd ta upiorna setka?
Straszny wrzask, wyrzucony z potężnych gardzieli, przeraził cały świat. Słychać też było turkot kamieni, spadających z zatroskanych serc. Mocne dryblasy chwyciły Adama Cisowskiego i uniosły go w górę jak rzymscy legioniści nowego Cezara. Inni otoczyli ledwie żywego ze szczęścia bladego chłopaczka i przysięgali mu miłość i dozgonną przyjaźń. On zaś nie widział nic, bo w oczach miał wielkie łzy. Strasznie śmieszny chłopak, który płakał ze zgryzoty i nie znalazłszy innego dowcipniejszego sposobu na przywitanie szczęścia, oblewał je tymi samymi łzami. Uczeni mówią jednakże, że łzy zgryzoty są gorzkie, a łzy szczęśliwe są pełne słodyczy. Czasem i uczeni są mądrzy.
3. Piękne są oczy fiołkowe, ale kto ukradł drzwi?
Sprawa zbrodniczej nitki, którą Adasiowi udało się... zszyć „pęknięte serce” dobrego chłopaczyny, narobiła wiele hałasu; gdy wiadomość o niej dotarła do pana profesora Gąsowskiego, zacny ten mąż zadumał się głęboko i znieruchomiał w pozie, w jakiej zwykle Mickiewicz kamienieje na posągach: kamienną ręką przyciska kamienną książkę do kamiennej piersi, jak gdyby zatrwożony, że mu ją chcą przemocą odebrać. Tym się jednak odróżniał od wieszcza, że chociaż zakrzepły w kamiennej zadumie, westchnął głęboko w pewnej chwili, czego — jako żywo — wieszcz nie może uczynić, a co uczyniłby chętnie, gorzkimi tknięty myślami i przepełniony rozżaleniem nad losem wyświeconej128 z życia poezji. Pan profesor powróciwszy do życia, wyrzekł sam do siebie tajemnicze słowa:
— Tak... tak... trzeba by spróbować...
Długo rozważał jakąś upartą myśl, która nie dawała mu spokoju. Czytał właśnie książkę, kiedy znowu zaczęła mu bzykać nad głową jak mucha. Zamknął książkę i począł szybko chodzić po pokoju.