Matematyk zmarszczył boskie czoło, podniósł w górę brwi i pogładził brodę. Milczał przez długą chwilę, patrząc podejrzliwie.
— Na co potrzebna ci jest ta dziwna wiadomość?
— Mam swoje racje... W związku z tym włamaniem, proszę pana.
— Rozumiem cię. Nie spotkałem jeszcze tak mądrego jak ty chłopca, co jest tym dziwniejsze, że jesteś uczniem pewnego historyka... Nomina sunt odiosa208. Mądrej głowie dość dwie słowie... i odpowiem ci: sam też jestem zdania, że cała ta sprawa toczy się dokoła mojej osoby. Jest to raczej pewne niż prawdopodobne... Rzezimieszek grubo by się jednak zawiódł, i to z dwóch powodów: dlatego po pierwsze, że potrwa to dobrych kilka lat, zanim dotrę do kresu, a po drugie, dlatego że od czasu tych podejrzanych awantur przepisałem moje obliczenia szyfrem, a rękopisy spaliłem... Cha, cha! Wyborne, co?
„Zgubiony trop...” — pomyślał Adaś smętnie.
— Przychodźcie, panowie rzezimieszki! — ryczał matematyk. — Połamiecie sobie zęby... Cha, cha! Ale za pozwoleniem... Czemu, miły kawalerze, nosisz na głowie biały zawój jak indyjski maharadża209?
— Przecież rozbili mi głowę — bąknął zdumiony Adaś.
— Rozbili ci głowę? Ach, prawda! Coś sobie przypominam... Taki jednakże mam młyn w mózgu, że zapominam o drobnych zdarzeniach. Niedawno zauważyłem, że moja żona ma katar, chociaż ma już go od trzech dni.
„Od siedmiu lat” — pomyślał Adaś, ale nic nie powiedział.
Broda wyszła, a za nią podreptał matematyk, jak gdyby jej nie mógł dogonić.