Bernard zamyślił się.
Ostatnie kilkanaście godzin rozwiało wiele złudzeń. Z zachowania się Summersona wynikało coraz jaśniej, że nie traktuje on poważnie możliwości małżeństwa Stelli z Krukiem, że jest to po prostu jeszcze jedna z wielu jego gier, lecz nic poza tym.
Poczynało go ogarniać niejasne uczucie lęku przed tą miłością. Zrozumiał to po raz pierwszy, gdy pod wrażeniem spotkania ze Stellą, obawiając się narazić przyszłemu teściowi, zrezygnował z interwencji u prezydenta w sprawie aresztowanych pracowników. Czuł, że dla Stelli poświęcił coś ze swojego „ja”.
Wspomnienie wracało uparcie, choć usiłował je wykreślić z pamięci. Więcej, wrącało przeczuciem, iż jest to dopiero pierwsza ofiara złożona z jego uczciwości, że jeśli nawet szczęśliwym trafem nie Summerson, lecz on będzie zwycięzcą w tej ukartowanej intrydze, okupi to własnym sumieniem.
Dlatego też poszedł do baru a nie na basen, gdzie daremnie czekała na niego Stella.
Z zamyślenia wyrwał go głos Daisy:
— Żegnam was, moja winda już stoi. Roche złapał dziewczynę za rękę.
— Puść! Jadę do domu! Już późno. Muszę jeszcze coś napisać.
— Poproś nas ładnie o wywiad. Green da ci jeszcze jedną premię.
— Green? To wy nic nie wiecie?