— Zdążyliśmy — odetchnął Bernard z ulgą, przerywając długą ciszę towarzyszącą im podczas wspinaczki. — Mamy jeszcze tlenu na jakieś pięć do dziesięciu minut, potem zaczyna się tak zwana żelazna rezerwa 15-minutowa. Katastrofa już nam nie grozi — uśmiechnął się do Daisy.
Po chwili stanęli u otworu prowadzącego do przedsionka śluzy.
— Wiecie, chłopcy — zwierzała się Daisy — powiem wam szczerze, że chociaż taka wyprawa piechotą na zewnątrz jest bardzo ciekawa, ale człowiek czuje się strasznie nieswojo. Już chyba lepiej w rakiecie.
Bernard który posuwał się pierwszy, znikł we wnętrzu przedsionka. Zaraz potem uszu Daisy i Deana dobiegł zdławiony okrzyk konstruktora.
Kruk klęczał przy stalowych drzwiach prowadzących do śluzy.
— Co się stało? — wyszeptała Daisy.
— Drzwi do śluzy są zamknięte — powiedział wolno Bernard.
— Zostawiłem otwarte — rzucił półgłosem Roche, jakby się usprawiedliwiając.
— Wiem. Ktoś je zamknął podczas naszej nieobecności. Co gorsza — zostawił otwarte drzwi ze śluzy do ubieralni i nie mogę uruchomić zaworu. Będziemy musieli zaalarmować telefonicznie pogotowie, bo inaczej stąd nie wyjdziemy. Chyba że tam jeszcze ktoś jest!
To mówiąc chwycił zwisający u pasa zaczep i począł nim rytmicznie uderzać w stalowe drzwi.