Z kolei wspinaczkę rozpoczęła Daisy. Już po kilku metrach zrozumiała, ile wysiłku kosztować ją będzie dotarcie do osi Celestii. Zarówno szybkie zmęczenie mięśni, jak i świadomość niebezpieczeństwa upadku, mimo liny trzymanej przez Kruka, utrudniały ruchy. Odległość pięćdziesięciu metrów, dzieląca ją od Bernarda, wydawała się nieskończenie wielka.

Wreszcie, po blisko 30 minutach, dobrnęła zziajana do miejsca, gdzie uczepiony był konstruktor. Ten natychmiast przypiął ją do klamry, a sam ruszył w górę. Tuż za nim postępował Roche, który, nie czekając, aż dziewczyna wejdzie, bez ubezpieczenia wspinał się po ścianie.

Po wyczerpaniu liny, na wysokości 80 metrów nad pomostem, obaj przyjaciele przymocowali się do ściany i kazali dziewczynie odczepić się od klamry.

— Podciągaj się tylko rękami. Nogi pozostaw wolne — zwrócił się Dean do Daisy. — Będziemy cię windować na linach.

— Ale po co? Jakoś dam sobie radę — próbowała niepewnie oponować dziewczyna, lecz Kruk przerwał szorstko:

— Przy twoim tempie wchodzenia nie zdążymy dotrzeć do śluzy przed wyczerpaniem zapasów tlenu. A co to oznacza, nie potrzebuję ci chyba wyjaśniać.

Po kilku minutach dziewczyna dotarła do obu mężczyzn, którzy ruszyli dalej w górę. Posuwanie odbywało się teraz znacznie sprawniej.

Po godzinie wspinaczki Kruk zarządził 10-minutowy odpoczynek. Już dwie godziny przebywali na zewnątrz i Daisy z niepokojem spoglądała w górę na ciągnące się jakby w nieskończoność szeregi klamer. Obawy jej jednak były przesadzone. Choć od osi Celestii dzieliła ich jeszcze przeszło połowa drogi, jednak wobec spadku wagi ciał posuwanie się było coraz łatwiejsze.

Ruszyli znów w milczeniu w górę. Minuty płynęły szybko, siła odśrodkowa malała coraz bardziej. Wreszcie ponad ich głowami, w mroku rozjaśnionym tylko blaskiem gwiazd i żółtymi światłami reflektorów, zamajaczyły pręty metalowej konstrukcji czołowego miotacza.

Jeszcze kilka gwałtowniejszych podciągnięć, a niemal nieważkie ciała znalazły się na zamkniętym pierścieniu pomostu.