Czepiając się rękami i nogami klamer, wisząc nad przepaścią, obaj mężczyźni poczęli wolno posuwać się ku pomostowi.

— Jeśli nie windę, to mógłbyś jakiś inny solidny przyrząd wynaleźć — zwróciła się Daisy do Bernarda, gdy wraz z Deanem znaleźli się na pomoście. — To skandal, żeby tu trzeba było się tak męczyć. Konstruktorem jesteś i nie pomyślisz o tym! Nie mam racji? Dean, czemu milczysz?

— Chodźmy już na górę — rzucił z rozdrażnieniem w głosie astronom. — Jakoś nie wiem sam… ale…

— Boisz się czegoś? — spytał z powagą Bernard.

— Nie wiem…

— Wątpię, aby cię aresztowali, gdyż musieliby również i mnie zamknąć, a przecież Summerson nie zrezygnuje z przebudowy miotaczy. Raczej będą chcieli zamknąć nam czymś usta.

— Jak sądzisz, o co tu właściwie chodzi?

— Gdybyśmy to wiedzieli! Co najwyżej, ogólnie biorąc, można przypuszczać, że chodzi tu, tak jak zawsze bywało, o władzę. To może być jakiś bluff, bo nie chce mi się wierzyć, aby naprawdę zbliżał się do nas jakiś obcy pojazd rakietowy. Po prostu: skąd? — Kruk zamyślił się na chwilę. — Miejmy zresztą nadzieję, że będziemy mogli coś wywnioskować z zachowania się Summersona po naszym powrocie. No, ale masz rację, dość odpoczynku! Wchodzimy na górę, bo czasu i tlenu coraz mniej.

To mówiąc Bernard począł wspinać się po klamrach na pionową ścianę.

Mijały minuty. Odpoczywając kilkakrotnie konstruktor dotarł do wysokości 40 metrów nad pomostem i zaczepił się u klamry.