— Jeszcze nie wszystko stracone. Sytuacja jest poważna, ale…
— Co ty opowiadasz! — wybuchnął Dean. — W jaki sposób myślisz?… — urwał nagle uświadomiwszy sobie, iż może Kruk nie chce przerażać Daisy beznadziejnością sytuacji.
— Jeszcze nie wszystko stracone! — powtórzył z naciskiem Bernard. — Istnieje kilka punktów na powierzchni Celestii, gdzie warstwa zewnętrzna składa się tylko z samego almeralitowego pancerza, którego grubość nie przekracza 25 cm. Jedno z takich miejsc znajduje się w ścianie korytarzyka biegnącego w dzielnicy niewolników, obok tych slumsów na 2 poziomie. Tam się dużo czarnych kręci i powinni usłyszeć pukanie. No, do widzenia!
— Stój! Idę z tobą! — zawołał Roche. — Stosując samo-ubezpieczenie będziesz szedł chyba z godzinę, a przecież tlenu…
— Wykluczone! Dam sobie radę bez ubezpieczenia. Tobie tlen już się kończy i każdy wysiłek zmniejsza szansę doczekania pomocy. U mnie jeszcze nie było sygnału, więc mam przynajmniej 15 minut normalnej dostawy tlenu. W tym czasie będę już na dole.
— A potem?
— Potem zobaczymy.
Postać Kruka znikła w owalnym otworze. Dean chciał podejść ku wyjściu, aby nie stracić kontaktu z przyjacielem, zanim nie zejdzie on z kolistego pomostu, gdy uczuł, że Daisy chwyta go gwałtownie za rękę.
— Boję się! Boję się sama tu zostać!
Spojrzał na nią i uczuł, jak ogarnia go rozpacz i gniew na siebie. „To ja jestem winien temu wszystkiemu. Przecież Bernard ostrzegał ją i z pewnością mógłby ją przekonać, aby została przynajmniej w przedsionku i poczekała na nas. Że też jakiś diabeł podkusił mnie, abym bagatelizował to ostrzeżenie. Chciałem zabłysnąć przed nią moją zręcznością i umiejętnością — pomyślał z goryczą — i oto rezultat”.