Usiedli pod ścianą opierając się o nią plecami.

— Och! — dobiegł jego uszu okrzyk dziewczyny. Zadrżał.

Ostrzegawczy niebieski blask rozlewał się łagodną poświatą z hełmu Daisy. Jednocześnie w jego hełmie rozległo się ciche buczenie i niebieska lampka poczęła z wolna przygasać. Oznaczało to, iż rezerwa została wyczerpana i rozpoczyna się kryzys. Na razie ubytek tlenu był niedostrzegalny, ale zdawał sobie sprawę, iż śmierć zbliża się szybkimi krokami.

Daleki był jednak myślą od własnego losu. Wpatrując się nieustannie w bladą, zmienioną lękiem twarz Daisy czuł, że staje się mu ona bliska, jak nigdy dotąd. Nie chciał myśleć o tym, co miało nastąpić za kilkanaście czy kilkadziesiąt minut. Uparcie odsuwał tę myśl od siebie, lecz wracała ona nieustannie.

— Czy?… Czy Ber doszedł już… tam? — wyszeptała ledwo dosłyszalnie dziewczyna.

— Na pewno — odpowiedział i nagle uświadomił sobie, że sam nie wierzy w to, co mówi. Przecież chyba Bernard kłamał, że istnieje takie miejsce, gdzie można się dopukać do wnętrza Celestii. Chciał tylko dać im okruch nadziei.

„By nie było nam tak ciężko umierać — pomyślał z goryczą. — Umierać… Och, nie! Ona nie może umrzeć! Nie może! On jednak chyba mówił prawdę. A jeśli… jeśli nie dotarł? Jeśli schodząc bez ubezpieczenia stracił równowagę i runął w przepaść? I leci teraz w przestrzeni w kierunku strefy dezintegracji?”

Uczuł, że krople potu wystąpiły mu na czoło i jednocześnie ogarnęła go fala zmęczenia. -”To brak tlenu. Zaczyna się”.

Usiłował oddychać jak najoszczędniej, lecz już wkrótce zaczął odczuwać rosnące pragnienie głębszego zaczerpnięcia powietrza. Odetchnął kilkakrotnie, ale nie przyniosło to oczekiwanej ulgi. W głowie począł potęgować się nieznośny szum. Jakieś dalekie dudnienie dobiegło jego uszu. Przechylił się na bok.

— Co to? Słyszysz, Daisy?