Opadł z powrotem na poduszkę i przymknął oczy.
Teraz z całą wyrazistością odżył w jego pamięci obraz roziskrzonego gwiazdami czarnego nieba i olbrzymiej, nie do ogarnięcia wzrokiem almeralitowej ściany Celestii. W jednej chwili wróciła świadomość niedawnych, jakże upiornych wydarzeń: stwierdzenie, iż zostali odcięci od świata, zejście na dół i poszukiwanie, już w czasie wyczerpywania się rezerwy tlenu, owego nie zaizolowanego miejsca nad dzielnicą murzyńską. Wreszcie ostatnie momenty, jakie pamiętał.
Widział jak przez mgłę swoją dłoń w rękawicy, trzymającą stalowy zaczep. Oto światło reflektora błyska po wypukłościach metalu, uderzającego rytmicznie w twardą powierzchnię pancerza. Oto liczy w myślach: raz, dwa, trzy… raz, dwa, trzy… raz, dwa, trzy… Zda się — całe swe jestestwo wszczepił w tę jedną czynność. Nie wie nawet, dlaczego to robi. Coraz mu trudniej zdobyć się na wysiłek nie tylko mięśni, lecz i mózgu. Straszna, nadludzka praca, trwająca zda się w nieskończoność. Nie ustająca, mimo iż w głowie potęguje się nieznośny szum, że coraz słabsze są uderzenia, a ciało już bezwładnie wisi uczepione u klamry…
Co było potem?
Ale dalszy ciąg wydarzeń tonął w mroku niepamięci.
„Widocznie straciłem przytomność. A tamci?” — zatrwożył się.
Uderzony nagłym niepokojem, przezwyciężając osłabienie, wsparł się na rękach i usiadł na łóżku.
Obok poduszki zwieszał się na sznurze przycisk dzwonka.
Konstruktor nacisnął kilkakrotnie guzik. Zamarł w oczekiwaniu. Sekundy upływały.
Nagle drzwi rozsunęły się bezszelestnie i w progu stanął siwy mężczyzna w lekarskim kitlu. Jego grube wargi rozszerzone w uśmiechu odsłaniały dobrze jeszcze zachowane, białe zęby.