— A jeśli to nie są diabły, tylko jeszcze jedna grupa sprawiedliwych opuściła piekło?

Ta myśl, która nagle nasunęła się Bernardowi, ku jego zdziwieniu nie wywarła spodziewanego wrażenia na prezydencie. Spojrzał Krukowi prosto w oczy i wycedził wolno:

— Czasami, gdy dobro ogółu tego wymaga, lepiej jest poświęcić kilku sprawiedliwych, niż ryzykować katastrofę świata. Ale myli się pan, tu nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z Czerwonymi Diabłami.

Bernard spojrzał na prezydenta ze zdziwieniem.

— Jak to? Czy… Czy… porozumiewał się kto z nimi? Na twarzy Summersona odbiło się zakłopotanie.

— W pewnym sensie tak — odparł wymijająco. — W każdym razie wiemy, z kim mamy do czynienia i jakie żywią wobec nas zamiary.

— To znaczy?

— Musimy ich zniszczyć! Jeśli nawet nie niosą oni całkowitej zagłady Celestii, to całkowitą zagładę naszemu szczęściu i spokojowi, naszej wolności i kulturze. Czyż ja albo pan możemy się zgodzić, aby i Celestia zamieniła się w piekło?

Zapanowało milczenie.

Ostatnie słowa prezydenta były dziwne, ogólnikowe i niezrozumiałe dla Kruka. Konstruktorowi przyszło na myśl to, co usłyszał z ust Horsedealera. Kto tu miał rację: Horsedealer czy Summerson? Cóż oni w ogóle wiedzieli? Któż w Celestii wie, czym rzeczywiście jest owo piekło? Nie tyle też z przekonania, ile w tym celu, aby sprowokować prezydenta do obszerniejszych wynurzeń, wypuścił Bernard ów dziwny pocisk, zaczerpnięty z arsenału starego filozofa: