Kruk skinął głową.
— No, to niech się pan zabiera do roboty. Plany powieli pan w domu i to jak najprędzej, po sporządzeniu zaś kopii zwróci mi pan natychmiast oryginały.
Kruk wychodził ze swej domowej pracowni. W jednej ręce niósł otrzymane przed dwiema godzinami plany, w drugiej świeże kopie. W sąsiednim pokoju, który służył za jadalnię, usiadł na krześle wpatrując się w pierwszą kopię. Zatrzymał zdziwiony wzrok na jej górnym rogu, porównał z innymi i zamyślił się.
— Nad czym tam jeszcze ślęczysz? — zagadnęła go matka. — Nie widzisz, że czekam na ciebie z kolacją?
Bernard ocknął się z zamyślenia.
— Niech mi mama nie przeszkadza. Przepraszam… jestem okropnie zajęty. A zresztą już idę. Rozległ się dzwonek i w drzwiach stanął wysoki mężczyzna w nienagannie skrojonym, czarnym garniturze. Kruk znał tego człowieka — był to inspektor policji, należący do przybocznej straży prezydenta. Spojrzał jeszcze raz na kopię, potem na niego i rzucił trochę szorstko:
— Ma pan do mnie interes?
— Tak…
— Poufny? — zapytał Kruk słysząc w głosie przybysza zakłopotanie. Inspektor spojrzał na Mary Kruk, potem na jej dwunastoletniego synka majstrującego coś w kącie i położył rękę na stole.
— Prezydent Summerson polecił mi zabrać to wszystko od pana.