— Kopie także?

— Tak. Wszystko, jak powiedziałem. Oto upoważnienie.

Bernard przebiegł oczyma po papierze i zatrzymał je na podpisie oraz niewielkiej, podłużnej pieczątce.

— Proszę — rzekł z pozorną obojętnością. — Wobec tego zamówienie jest nieaktualne? Ja bez kopii nie mogę rozpocząć roboty.

— O ile wiem, ma pan czekać w domu na dalsze polecenia. Tu zdaje się jest wyraźnie napisane. Czy tu niczego nie brakuje?

— Niczego.

— Oto pokwitowanie.

Bernard w zamyśleniu odprowadził wzrokiem wychodzącego policjanta. W chwilę potem drzwi się znów rozsunęły i do pokoju wpadł barczysty mężczyzna w kombinezonie. Na jego twarzy widniał grymas niezadowolenia.

— Czego te typki tu się szwendają?

— To ludzie prezydenta.