— Wiem. Wiem lepiej od ciebie. Ale czego oni tu chcą?
— Nie denerwuj się. Summerson przysłał go z kartką. To w związku z pewną robotą. Co u ciebie, stary, słychać?
John Mallet opadł na fotel. Z wyrazem zmęczenia ukrył twarz w dłoniach, tak że widać było tylko ich szorstką, spękaną skórę, a wyżej srebrzącą się czuprynę.
— Byłem u ciebie przed godziną — zaczął z wolna. — Matka mówiła, że jesteś bardzo zajęty i nie wie, kiedy skończysz.
— Źle się składa, Johnny. Nie wiem, czy dużo czasu będę ci mógł poświęcić. Ale cieszę się, żeś przyszedł. Siadaj do stołu.
Obaj mężczyźni zajęli miejsca obok siebie, a mały James naprzeciw. Mary Kruk wniosła na stół sporą misę z dymiącą pieczenia baranią w tłustym sosie i drugą pełną grubego makaronu, po czym zajęła miejsce obok młodszego syna.
— Przyjemnie popatrzeć, że się komuś jeszcze powodzi. U mnie od dawna nie pachniało mięso — zauważył Mallet nakładając na swój talerz skromną porcję. — Pracuję dwa dni w tygodniu.
— Bierz więcej — zapraszał Kruk.
— Wezmę. Dlaczego nie? Ale w miarę, bo po co żołądek przyzwyczajać do sytości.
— Johnny, czuję w tym wszystkim skrytą wymówkę. Przecież wiesz, że jeśli żyję dostatnio, to nie cudzą krzywdą ani plamą na honorze. Zarabiam po prostu swoje 600 doliodów, które mi płaci Summerson. Miałbym zażądać obniżki? Chcesz, wystaram ci się o dodatkowe zajęcie w Sial.