Prezydent skrzywił się niechętnie.
— Czyli inaczej… chcesz znać moje maksymalne warunki? Niech i tak będzie. Rozumiem, iż orientując się nieco w sytuacji chcesz skorzystać na tym. Zrozumiałem przytyk o tym raju i piekle, choć nie przypuszczałem, abyś jako konstruktor, przy swojej pensji, traktował swe życie jako piekło. Ale rozumiem, że jeśli można wytargować pełny raj, to tylko głupiec nie skorzystałby z okazji. A więc, wiedz, że gotów jestem dać ci stanowisko wicedyrektora w Sialu, nie cofając oczywiście przyrzeczenia w sprawie małżeństwa ze Stellą — dorzucił nie widząc entuzjazmu na twarzy konstruktora.
— Cóż to znaczy?… — powiedział Bernard robiąc zawiedzioną minę.
— To panu jeszcze źle? Pan nie rozumie, co to znaczy? Niech pan pomyśli. Przecież to praktycznie dopiero początek. To tylko wprowadzenie pana w naszą sferę, a później, przy pańskim sprycie, droga do kariery stoi otworem. Stary Moore znacznie skromniej zaczynał. Oczywiście, nie przypuszczam, aby pan stosował takie metody jak on — stropił się nieco Summerson.
Przykład van Moore'a nie był dość fortunny, jeśli zważyć, że jego intrygi i oszustwa były publiczną tajemnicą.
— Ale przy mojej pomocy — ciągnął prezydent — jako zięć… zresztą niech już będzie. Utworzę dla pana specjalne stanowisko w randze ministra. Jakie? — jeszcze się zastanowię. Ale to już wszystko. Cóż pan sobie wyobraża? Że jest pan zupełnie niezastąpiony? Młody Bradley też już dużo umie… Zresztą, musi się pan tym zadowolić. Takiej pozycji czerwoni panu nie zapewnią. Zresztą, jeśli pan… — w nie dokończonym zdaniu zadrgała nuta groźby.
— A co będzie z Roche'em i Brown? — zapytał Bernard czując, że rozmowa poczyna wkraczać na niewygodne dla niego tory.
— A oni… też… są zorientowani?
— W pewnym stopniu — odparł Bernard wymijająco.
— Im zatka się gęby jakimiś dobrze płatnymi posadkami i z pewnością będą oboje zadowoleni.